jednym z etui. True chciał sięgnąć po etui z rachunkiem Milli, ale

iż sama nie ma żadnej broni. Uliczki były tu wąskie i zapchane.
i rozwiązać jego problem raz na zawsze, co pozwoli mu potem
19
- Nie możesz. Pomyśl o dziewczynkach. - Chwyciła broń, ale ją wyrwał. Syknęła, bo złamał się jej sztuczny paznokieć. - Mamusiu? - Nagle w korytarzu pojawiła się Linnie. Derrick zamarł. - Co... Tatusiu... Nie... - Kochanie, wszystko w porządku - uspokoiła dziecko Felicity, a Derrick zobaczył, że zjawiła się też starsza córka, łudząco podobna do jego zmarłej siostry. - O, mój Boże, co tu się dzieje? - Angela przyglądała się strzelbie. - Nic. Tatuś się trochę zdenerwował. - Felicity westchnęła i przygładziła sobie włosy. - Przestań, Derrick, przestraszyłeś dziewczynki. Odłóż broń i... - Znowu cię bił. - Na twarzy Angeli widać było pogardę. - Jesteś odrażający - powiedziała do ojca. Jej słowa były echem słów, które powiedział sam do siebie po tym, jak pierwszy raz był ze swoją siostrą, przy strumyku. Wtedy tak bardzo chciał poczuć jak obejmuje go swoim ciepłem, że nie zauważył postaci ukrytej w wierzbach. Cassidy? Willie? Nie przejął się tym. Chciał jedynie zatracić się w pociągającym wilgotnym cieple Angie. Był pod wrażeniem jej bujnych piersi, szczupłej talii, trójkątnej kępki ciemnych kręconych włosów na zwieńczeniu wspaniałych nóg. Kiedy w nią wszedł, jej niebieskie oczy szeroko otwarły się w ekstazie i przerażeniu z powodu tego, co robili. Brutalnie odebrał jej dziewictwo, a ona oddała mu je tak słodko. Jeszcze teraz podniecał się na wspomnienie tego, jak razem przekroczyli tę granicę. Tłumaczył sobie, że to się więcej nie powtórzy, że to tylko ten jeden jedyny raz, że wódka, którą zabrał z barku ojca, zamieszała mu w głowie, że był skołowany, dlatego, że widział swoją zmarłą matkę, a Angie była do niej tak podobna, tak nieziemsko pociągająca. Ale nie był w stanie trzymać się od niej z daleka, a ona tego pragnęła... Cholera, błagała o to, przytulała się do niego, scałowywała łzy z jego twarzy, kochała go jak nigdy żadna kobieta... Pociągnął nosem i uświadomił sobie, że płacze. Ciężkie łzy wstydu spływały mu po policzkach. W końcu Angie zrobiła z niego idiotę, flirtując z każdym chłopakiem, próbując za wszelką cenę uwieść Briga McKenziego. Mówiła mu to wprost wiele razy. Zmęczyła się Derrickiem i szukała kogoś nowego. Pojawił się problem z dzieckiem... Jak tylko znalazłaby kogoś, kto dałby jej nazwisko, odeszłaby z nim. Zostawiłaby Derricka. A on ją kochał całym sercem. Nie mógł pozwolić jej odejść... Nie mógł. Należała do niego. - Nie - błaganie Felicity sprowadziło go brutalnie na ziemię. Na jej twarzy w miejscu, którym uderzyła o ścianę już pojawiły się siniaki. - Derrick, wszystkim się zajęłam. - Podniosła dłoń i spojrzała na córki. - Nie. Nie usłyszał nic więcej. Zacisnął palce na strzelbie. Wyszedł z domu, trzaskając drzwiami. Myślał o Brigu i o tym, jak szybko Angie zainteresowała się tym chłopakiem, jak z nim flirtowała, wdzięczyła się przed nim, mając nadzieję, że uwiedzie tego drania. Myślała, że w nim znajdzie ucieczkę od zaborczego brata. Wrzucił broń na tylne siedzenie samochodu. Felicity wybiegła z domu, wrzeszcząc na niego, chwytając za klamkę u drzwiczek. - Nie rób tego, Derrick. Proszę. Nie musisz nic robić. Nie będzie ci już więcej zawracał głowy. Nikt nie będzie... Przekręcił klucz w stacyjce, włączył wsteczny bieg i nacisnął pedał gazu. Felicity trzymała się ciężarówki, a on wlókł ją po asfalcie. - Derrick! - krzyczała. Zmienił bieg, opony zapiszczały, wrzucił jedynkę i przejechał tak blisko koło niej, że odskoczyła. Twarz miała śmiertelnie bladą, a w oczach przerażenie. Ale on nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Nic go nie obchodziła. Teraz chciał tylko dorwać McKenziego. Mrucząc ponuro, myślał o poważnym, nieodwracalnym zniszczeniu, jakiego miał zamiar dokonać. Wziął paczkę papierosów i wytrząsnął jednego. Poszukał zapalniczki i włączył radio. ... a teraz, w hołdzie dla niezapomnianego Elvisa, jeden z jego największych przebojów... - zapowiedział spiker, a wkrótce potem z głośników rozległy się pierwsze dźwięki Love me tender. Derrick pomyślał, że nawet pasuje to do sytuacji. Zapalniczka kliknęła. Zaciągnął się mocno dymem marlboro. Elvis śpiewał tę samą piosenkę, przy której jego matka oddała ostatnie tchnienie. Lufa strzelby błyszczała w odbiciu zielonego światła deski rozdzielczej. Derrick palił papierosa i myślał o nocy, która go czeka. Da nauczkę temu śmieciowi i w ten sam sposób załatwi sprawę z Lorną. Jeżeli będzie miał trochę szczęścia, dopadnie jeszcze przyrodniego brata, półgłówka, i nieźle go nastraszy. Zachichotał nerwowo. W oczach stanęły mu łzy. Czas, żeby wszyscy się dowiedzieli, że Derrickowi Buchananowi nikt nie podskoczy. Wyglądała strasznie. Miała we włosach liście, a na spódnicy piach. Jakby kilka tygodni włóczyła się po lesie. - Pani pozwoli, że to wyjaśnimy - powiedział T. John. Sunny siedziała w jego gabinecie, trzymając w rękach kubek ziołowej herbaty. Czekała na obiad, który zamówił dla niej zastępca szeryfa. - Rozpaliła pani ognisko, żeby się ze mną skontaktować. Pozostałe, które zgasiliśmy w lesie, rozpaliła pani również z tego powodu? - Tak. - Pociągnęła łyk herbaty. Wyglądała tak, jakby zaraz miała zemdleć. - Następnym razem proszę skorzystać z telefonu. Łącza telefoniczne są o wiele bezpieczniejsze niż ogniska w lesie.
musiała niemalże zmuszać się do dalszego jedzenia. Siedziała
upierdliwy osobnik pojął, jak bardzo niemądrze jest zadzierać z senior
- No idziecie czy nie? - zawołał Norman z irytacją.
- Nazywam się Milla Edge. Jestem założycielką organizacji
poprawiało wcale sytuacji. Jego decyzja o trzymaniu matki z dala od
- Zginął w katastrofie samolotu?
już w suszarce. Milla nakleiła znaczki na listy, które musiała wysłać;
- Wypij to - usłyszała odległy głos i poczuła, jak ktoś podsuwa
- Nic ci się nie stanie. - Cassidy wsunęła mu uzdę na głowę. Czuła drżenie jego napiętych mięśni, gdy zapinała uprząż. - Zrobimy sobie tylko małą przejażdżkę. Poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Jęknęła. Serce w niej zamarło. Odwróciła się i krzyknęła. Rozpoznała Briga McKenziego. Nowego pracownika ojca. Była zawiedziona. Słyszała o nim niesamowite historie i podziwiała jego buntowniczą naturę. Nawet przez chwilę nie przypuszczała, że i on w końcu stanie się własnością Buchanana, jak wszyscy w mieście. Był wysoki, barczysty, śniady. Jego nos nie raz musiał być złamany. Patrzył na nią, jakby zrobiła coś złego. - Co ty sobie, do cholery, wyobrażasz? - Usiłowała uwolnić ramię, ale jej się nie udało. - Właśnie chciałem cię zapytać o to samo. - Patrzył na nią błękitnymi, pełnymi wściekłości oczami. Jego wąskie usta, sprawiające wrażenie okrutnych, zacięły się. W jednej chwili zrozumiała, dlaczego tyle dziewcząt w mieście uważa go za niebezpiecznie pociągającego. - Przyszłam po mojego konia, chciałam się przejechać. - Nie ma mowy. - Myślisz, że mnie powstrzymasz? - Była onieśmielona tym, że ją dotykał i wściekła, że chce jej dyktować, co ma robić. Była zmieszana jego obecnością, ale nie miała zamiaru dać tego po sobie poznać. - To moja praca. - Pracujesz z Remmingtonem? Od kiedy? - Od wczoraj - szorstko wyszeptał jej w twarz, łaskocząc ją o wiele za ciepłym oddechem. - Twój ojciec zatrudnił mnie i mam go ujeździć. - Mój ojciec zatrudnił cię, żebyś pracował w polu. - I ze źrebakiem. - Nie potrzebuję pomocy. - Słyszałem co innego. - Więc źle słyszałeś. - Szarpnęła się i wykrzywiła, bo ból przeszył jej bark. - To mój koń i będę z nim robić, co mi się podoba. Prychnął szyderczo. - Z tego, co wiem, to ten koń robi z tobą to, co mu się podoba. - Zejdź mi z drogi - rozkazała. Roześmiał się nisko, zmysłowo, bez emocji, ale nie ruszył się. Poczuła zakłopotanie. Stał między nią a zwierzęciem i wyglądał jak najprawdziwszy na świecie kowboj, zawzięty, gotów dopiąć swego. Trzymał głowę wysoko i mrużył oczy z determinacją. Pachniał potem, końmi i skórą. Czuła od niego mdły zapach dymu. Serce zaczęło bić jej mocniej. Brig spojrzał na jej szyję, w której burzliwie pulsowała krew. Nie wiedzieć czemu, miała wrażenie, że stajnie odpływają w dal, a w całym wszechświecie istnieje tylko ona i on. Wiedziała, że jej pierś unosi się i opada o wiele za szybko. Żałowała, że jest tak cholernie gorąco. Tak gorąco, że koszula lepiła się do pleców. - Co tu robisz tak późno? - Pilnuję porządku. - Pewnym ruchem odpiął uzdę, jakby robił to już tysiące razy. Wędzidło zadźwięczało, gdy zdjął ze źrebaka skórzane pasy. Remmington potrząsnął dostojnie łbem. - Więc niedługo sobie pójdziesz? Znowu ten bezduszny śmiech. - Nie licz na to. - Otworzył bramkę i przytrzymał ją, żeby Cassidy mogła wyjść. Nie miała wyboru. - Mogę nawet tutaj nocować. - Odwiesił uprząż na miejsce. - Ale nie będziesz. - To się przekonaj - powiedział wyzywająco. Miała ochotę go sprać. Nie wiedziała tylko, jak to zrobić. Zresztą, jeśli ojciec go zatrudnił, miał pełne prawo przebywać w stajni. Chyba że kłamie... Cholera, nie kłamie. Nie jest głupi. Słyszała wiele opowieści o Brigu McKenziem. Niektóre niesamowite, inne wprost obrzydliwe, ale nikt nie zarzucał mu głupoty. Pewnie, że zrobił kilka głupstw, ale po pijanemu albo przez kobietę. Gdy Cassidy wyobraziła sobie jego bandyckie, grzeszne ciało kochające się z kobietą, jej wnętrzności zareagowały dziwnym drżeniem, żołądek się skurczył, a twarz zalał rumieniec. Od kiedy Rusty Calhoun pocałował ją za stadionem futbolowym, przyciskając plecami do twardej cementowej ściany, Cassidy zbyt wiele myślała o mężczyznach i kobietach i o rzeczach, które robią za zamkniętymi drzwiami. Rusty odważył się nawet rozpiąć jej bluzkę. Niezdarnie wsunął rękę do stanika i próbował ją pieścić, ale mu się wyrwała. Całowanie się nie było takie straszne, chociaż oboje byli niewprawnymi szczeniakami. Posunięcie się do czegoś więcej przerażało ją. Kusiło, ale wzbudzało lęk. Od tamtej pory Rusty dzwonił co wieczór, ale więcej się z nim nie umówiła. Nie była gotowa na taką rozrywkę, jakiej od niej oczekiwał. W dodatku podejrzewała, że Rusty wykorzystuje ją po to, by zbliżyć się do Angie. Wszyscy chłopcy pragnęli Angie. Dlaczego krążą jej po głowie zakazane myśli na temat Briga McKenziego? Przecież jest stary. Prawie tak stary jak jej brat Derrick.
Nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Pavón nie mógł wtedy

domu jako kolejne życiowe doświadczenie, wyciągnąć z niego naukę

zdenerwowały ją rezultaty twojej decyzji.
– Zazwyczaj do posiłków piję tylko wodę, a poza tym muszę przecież
w tej chwili przeciwstawiać. Gdyby poczuł opór, stałby się jeszcze bardziej
oklahomskiej pogody ubrani byli w dresy i kurtki.
Ellen potrząsnęła głową.
Laura, ładując produkty do wózka na zakupy. Ignorowała
– Tak?
Ryan startował w wyborach na prokuratora okręgowego i, poza zwykłymi
iem. człowiekiem odciętym od świata. Och, to nie będzie łatwe.
i przyzwyczaić do czekania.
na takie rzeczy?
Jej oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.
mi szczęścia. Wystarczy mi trzydzieści dni zwłoki.
dodała z namysłem: - Zawsze wychodzi mi porcja dla co naj

©2019 www.na-dokument.lubin.pl - Split Template by One Page Love